Rozmowy Między Niebem a Ziemią - Zbigniew Ćwiąkalski

Łatwo się wzruszam

Zbigniew Ćwiąkalski W pewnym momencie życia dojrzewamy do tego, że skoro osiągnęliśmy tak wiele, warto się podzielić. Ja najchętniej pomagam dzieciom. Ich nieszczęście i krzywda wzruszają mnie najbardziej.

Co jest Pana największą pasją?

Chyba praca … Najbardziej w zawodzie prawnika lubię ten moment, gdy przychodzi sukces. Taki zawodowy, klasyczny sukces, np. gdy bronię kogoś w sprawie karnej i sąd go uniewinnia, zwłaszcza gdy ten człowiek spędził w areszcie kilka miesięcy. Wtedy mam największą satysfakcję, że pomogłem komuś, komu próbowano zniszczyć życie zawodowe, osobiste, rodzinne, towarzyskie. Mam satysfakcję, że pomogłem temu człowiekowi odzyskać dobre imię.

To idealne rozwiązanie spełniać się w pracy?

Na to wygląda. Nieraz wydaje mi się, że mógłbym czas poświęcony na pracę lepiej wykorzystać, bardziej intensywnie. Dzisiaj jednak w większym stopniu zwracam uwagę na wypoczynek i wartość wolnego czasu. Kiedyś zdarzało mi się, że w ciągu roku byłem tylko dwa tygodnie na urlopie i to w pojedyncze dni. Wydawało mi się, że nie warto więcej czasu przeznaczać na wypoczynek. Teraz to się zmieniło. Musi być czas na ogród, podróże po świecie.

Kiedy Pan podjął decyzję, że zostanie prawnikiem?

Cała moja rodzina jest prawnicza. Z prawem miałem do czynienia od dziecka. Mój ojciec przed wojną był sędzią, a po wojnie radcą prawnym. Od przedszkola chciałem wykonywać ten zawód. Ojciec przynosił do domu akta spraw. Kiedy byłem już w szkole podstawowej, zaczytywałem się w tych dokumentach. Siadałem przy biurku i dwie, trzy godziny przeglądałem akta.

Rodzice nigdy nie wywierali na mnie presji, abym studiował prawo. Sam od zawsze tego chciałem. Presja ? Podobno pojawiła się w naszej rodzinie dopiero wtedy, kiedy moja córka wybierała zawód.

Któregoś wieczoru przyszła do mnie i spytała: „Co chciałbyś żebym studiowała?” Ja mówię: „Co chcesz”. Ona na to: „To może historię sztuki ? ” Ja pomyślałem i mówię półżartem: Nie wiem, czy będzie mnie stać przez całe życie Cię utrzymywać.” „To co w takim razie mam studiować ?”. A ja na to: „Wszystko co chcesz, byleby to było prawo”. Dziś jest adwokatem w naszej kancelarii. Wydaje mi się, że uważa to za świetny wybór.

Gdzie Pan zaczynał?

To zabawna historia, bo po studiach siedliśmy z kolegami i zastanawialiśmy się, jak tu zarobić pierwsze pieniądze. I wpadliśmy na pomysł, żeby … założyć magiel. To nieskomplikowana praca. Podajesz, spryskujesz, wyciągasz i gotowe. Na szczęście tata jednego z nas powiedział: „Chłopaki, skończyliście prawo to doradzajcie komuś.”

Tak powstała nasza pierwsza „Firma Prawniczo-Informatyczna”. Jedni składali komputery z części sprowadzanych z Tajwanu i je sprzedawali, a część z nas doradzała klientom w kwestiach prawnych. Tak się zaczęło.

Wykonywał Pan jako prawnik kilka różnych funkcji: praca naukowa, prowadzenie kancelarii, aktywność społeczna i wreszcie polityczna. Czy któraś z tych dziedzin odpowiada Panu bardziej niż pozostałe?

Ja w ogóle lubię aktywnie żyć. Nie jestem osobą, która kończy pracę o szesnastej, wraca do domu, zakłada pantofle, włącza telewizor i bierze gazetę. Lubię, gdy coś się dzieje.

Czasami mam może za dużo obowiązków, i choć nie zawsze się udaje – próbuję to ograniczać.

Moim zdaniem nie ma nic gorszego jak praca, która nie daje przyjemności, gdy ludzie robią coś z przymusu.

Trudno jest mi zrozumieć, że są ludzie, którzy marzą o emeryturze. Mam 62 lata i nie mogę sobie wyobrazić, że za trzy lata miałbym na nią pójść.

Mój ojciec, który zmarł mając 94 lata, pracował jako radca prawny do 76 roku życia. Razem z bratem sprawiliśmy, że przestał pracować. Nie chciał odejść, a my baliśmy się, że zrobi jakiś błąd i będą kłopoty.

A polityka?

Taki charakterystyczny moment to moja dymisja ze stanowiska Ministra Sprawiedliwości, Prokuratora Generalnego. Wcale nie czułem się nieszczęśliwy z tego powodu. Wiedziałem doskonale, gdzie wrócę i co będę robił. Politykę traktowałem jako coś przejściowego, bardzo ciekawego, co sympatycznie wspominam mimo stresów z tym związanych.

Często wielu polityków nie ma do czego wracać lub nie odnajdują się w tym, co robili. Uważam, że zawsze trzeba mieć jakieś podstawowe zajęcie i świadomość, że okresy awansów, w tym politycznych, kiedyś się kończą. Polityka uwstecznia zawodowo. Po kilku latach pełny powrót do zawodu prawnika jest praktycznie niemożliwy.

Wróciłby Pan jeszcze do polityki?

Pod pewnymi warunkami tak. Dzisiaj mam znacznie więcej doświadczeń niż kiedyś. Na pewno nie na tej zasadzie, że miałbym być trybikiem w maszynie. Musiałbym mieć dużą samodzielność jeśli chodzi o cele, które miałbym zrealizować. Mnie interesowały i interesują tylko konkretne, merytoryczne cele.

Angażuje się Pan w działania społeczne.

Staram się pomagać indywidualnie i również przez kancelarię. To przede wszystkim pomoc instytucjonalna. Nie mam zaufania do żebrzących na ulicach. Nigdy nie daję takim ludziom pieniędzy dlatego, że moim zdaniem w większości wypadków, a jako karnista mam tu sporą wiedzę, są to oszuści.

Kiedy wspieram kogoś, muszę mieć pewność, że pieniądze, które przekazuję, nie zostaną zmarnowane i zostaną sprawiedliwie podzielone.

Prywatnie udzielam się poza Krakowem, gdzie mamy całoroczny drewniany dom i tam wspieramy różne lokalne inicjatywy. Jeśli widzę, że ktoś chce zrobić coś fajnego, to pomagam.

W tej miejscowości w niedzielę palmową dzieci i młodzież przygotowują palmy. My z żoną od kilku lat fundujemy dla nich słodycze. Zaczęło się od 20 paczek, a w tym roku przygotowaliśmy ich aż 160.

Pomagamy też jako Kancelaria, ale wydaje mi się, że byłoby nieetyczne, aby się tym chwalić i budować w ten sposób swój wizerunek.

Czy ludzie dziś są wrażliwi na innych?

Spostrzeżenia z mojej miejscowości są takie, że istnieje pomoc sąsiedzka. Niekoniecznie chodzi o pieniądze, ale czasami jedzenie, zaproszenie na obiad, zabranie na wakacje dziecka, którego rodziców nie stać na wyjazd. Dzisiaj ta pomoc jest bardziej widoczna niż 20 lat temu.

Kiedy wzruszyła Pana pomoc?

Dość łatwo się wzruszam. Zwłaszcza jeśli chodzi o dzieci. Wtedy bardzo chętnie daję. Tu w Krakowie jest takie stowarzyszenie Siemacha prowadzone przez księdza Augustyńskiego. Zajmują się młodzieżą z trudnych rodzin. Bardzo chętnie im pomagam.

Gdy byłem Prokuratorem Generalnym zdarzało się, że dostawałem codziennie rano policyjne raporty z ostatnich 24 godzin. Niekiedy były w nich przypadki znęcania się nad dziećmi. Wtedy natychmiast interweniowałem. Gdy przeczytałem, że w takich sytuacjach prokuratura postawiła zarzut pobicia, pytałem, dlaczego nie jest to zarzut usiłowania zabójstwa, skoro ciężkie pobicie dotyczyło ośmiomiesięcznego dziecka. Reagowałem dość zdecydowanie i kategorycznie. Tępiłem tego typu sytuacje.

Płacze Pan czasami?

Zdarza mi się płakać na filmach. Muzyka mnie raczej nie wzrusza, ale może mnie uspokajać czy bawić. Czasami gdy jadę samochodem, to klasyczne disco polo potrafi mnie rozbawić. Ta muzyka jest rytmiczna, choć wiadomo, że nie byłbym w stanie słuchać jej dłużej.

Czy pomaganie może imponować?

Jeśli czytamy, że Jan Kulczyk przeznaczył 20 mln dolarów na ekspozycję w Muzeum Historii Żydów Polskich, to niewątpliwie taki gest imponuje. Mnie imponuje. Mam satysfakcję, że ktoś taką darowiznę przeznaczył na szczytny cel.

Kto Panu imponuje?

Podobają mi się ludzie, którzy coś osiągnęli w życiu, lub widać, że bardzo się starają. Lubię ludzi pracowitych. Nie trawię leni, obiboków, krętaczy i oszustów.

Jest takie powiedzenie, że dobro powraca.

Słyszałem też inne powiedzenie, że każdy dobry uczynek musi zostać ukarany. W tym na pewno jest sporo przesady, ale zdarza się tak, że ktoś komuś pomoże i nie zawsze spotka się z wdzięcznością.

Pomagając oczekujemy wdzięczności?

Mam dystans do siebie. Nawet jak pomagam to nigdy nie po to, żeby się nad sobą rozczulać, jaki to jestem dobry. Wręcz stawiam barierę i blokadę, że nie chcę od tego, komu pomagam żadnej wzajemności. Dopiero wtedy mam satysfakcję, gdy ktoś nie musi mi się za nic odwdzięczać.

A jakie jest Pana największe marzenie?

Chciałbym zwiedzić Stany Zjednoczone i Australię. Ale czy to jest największe marzenie? Jedno z wielu. Jeśli chodzi o Stany, to chciałbym odbyć trzytygodniową podróż. Problem polega na tym, że nie mogę znaleźć tych trzech tygodni.

Jakie rzeczy są dla Pana ważne w życiu ?

Sukces zawodowy, wnuki. Mam dwoje wnuków. Zdrowie. Sensowne stosunki rodzinne, co nie znaczy, że wszystko musi być idealne.

Możliwość realizacji różnych marzeń …

Lubię mój dom, ogród, dbam o kwiaty. Lubię dużo o nich wiedzieć i właściwie je ochraniać. Tak jak tę małą magnolię. Posadziliśmy ją wiosną, bo poprzednia zmarzła tak, że nie dało jej się uratować. W tym roku muszę ją koniecznie przykryć na zimę. 

Gdyby Pan miał możliwość zaplanować swoje życie jeszcze raz, mając swoje doświadczenie i nie mając ograniczeń, co by Pan chciał robić?

Dokładnie to samo – tylko lepiej.